środa, 18 kwietnia 2018

SAL SODA (3)

Wreszcie :))

Uporałam się z trzecią kwiatową baletnicą! Aż trudno uwierzyć, ale męczyłam ten mały hafcik od stycznia. Jakoś nie mogłam się zebrać, nie miałam jak i kiedy spokojnie przysiąść, stawiałam czasem dosłownie po kilka krzyżyków w ciągu jednego wieczoru. Przez większość czasu haft leżał i zbierał kurz. Wiedziałam jedno - jak odłożę do szuflady to już tam zostanie. Oczywiście obrazek nie był nudny czy wymagający. Jakiś robótkowy kryzys mnie dopadł, zmęczenie materiału i ogólne niechciejstwo okrutne i lenistwo (a to akurat na wielu polach).

Ale wytaszczyłam pokazane poprzednio zabytkowe bratki, pogrzebałam trochę w ziemi wsadzając te całkiem żywe i natchnienie wróciło ;P Uporządkowałam i przejrzałam muliny (też Was to relaksuje? takie grzebanie w nitkach nawet bez konkretnego celu?) odarłam z rdzy igłę ;) i baletnica doczekała się reszty krzyżyków.
Dzisiaj przeprałam haft - i tu muszę przyznać, miałam duszę na ramieniu. Zdarzyło mi się kiedyś, że zafarbowała mi czerwona mulina (DMC, kolor chyba 321). Prałam jak zawsze, woda nie była gorąca, nic niby nie powinno się stać a tu zonk :/ czerwony kolor po prostu spłynął! Na szczęście zarówno panna, jak i kiecka wyszły z kąpieli bez uszczerbku.


Większość dziewczyn pannę makową haftowało jako pierwszą. Mnie jednak różana baletnica urzekła tak bardzo, że po prostu musiałam zacząć od niej. Oprawiłam ją w ramkę i wręczyłam jako obrazek. Spodobała się bardzo. I muszę Wam powiedzieć, że byłam zaskoczona tak miłą reakcją. Obdarowana mała balerina była obrazkiem szczerze zachwycona a i reszta rodziny (zaległy prezent urodzinowy wręczałam w wigilię, więc tej "reszty" trochę się zebrało ;) ) patrzyła przychylnym okiem. Podejrzenia były, że haft może taki nie całkiem ręczny i że może coś tam trochę nadrukowane czy naklejone ;)) Ale nie padło sakramentalne stwierdzenie, na dźwięk którego dostaję cholery a które zdarza mi się słyszeć (Wam pewnie też!): "ale ty się nudzisz w domu!", nikt też nie pytał, czy ja naprawdę nie mam nic innego do roboty. Padło za to (i to z ust faceta) pytanie ile czasu musiałam poświęcić na taki obrazek. Powiem Wam, że takie ciepłe, niepodszyte żadną ironią, przyjęcie pracy, która może i była urocza, ale na pewno nie jakoś szczególnie wyjątkowa, dało mi niesamowitą satysfakcję. Teraz, do kompletu, chcę dołączyć pozostałe kwiatowe tancerki. Począwszy od tej właśnie baletnicy haftować będę na jednym kawałku białej Lindy, mam na nie pewien pomysł, ale zobaczymy czy w trakcie powstawania haftu plan się nie zmieni 😏


Dużo słonka Wam życzę :) oraz wiosennego przypływu energii :)
Ściskam!

6 komentarzy:

  1. Też nie lubię jak ktoś pyta mnie o sens hobby. Jeden biega bez sensu za piłką a drugi wyszywa i tyle. Bo to przecież ma sprawiać frajdę :)
    Panienki są bardzo wdzięczne. Trochę zazdroszczę, że ja nie mam komu takich wyszyć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Piękna baletniczka! Zdjęcia urocze! To prawda, miłe komentarze to balsam dla duszy, dzięki nim chce się chcieć!

    OdpowiedzUsuń
  3. Ślicznie wyszła baletniczka. W oprawie stokrotkowej wygląda uroczo. To prawda, że niektóre komentarze niewtajemniczonych w jakiekolwiek "hand made" mogą doprowadzić do obłędu, lecz te słowa aż człowieka budują.
    Pozdrawiam
    D.

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękny hafcik, urocze są te panienki :)

    OdpowiedzUsuń
  5. :):):) Ale się uśmiałam :) Taaak mnie też zdarzało się to usłyszeć i też mnie szlag trafiał (że tak się wyrażę). Ale od kiedy moją pasję przekształciłam w pracę, nagle głupie odzywki również się skończyły... Albo może one są nadal a ja się już uodporniłam?
    Bardzo dobrze, że w końcu wzięłaś się za ten haft. Lżej prawda? Baletnica cudna ❤

    OdpowiedzUsuń